
Świat widziany autystycznymi zmysłami
5 listopada, 2025
Czytamy Płomyczka, uczymy się akceptacji. Druga edycja ogólnopolskiej akcji czytelniczej
25 listopada, 2025Czasem dzieci „źle się zachowują”. Wciąż słyszymy o „niegrzecznych dzieciach”, ale czy na pewno są one niegrzeczne? Czy po prostu czegoś im brak? A może nie są zaspokojone jakieś ich potrzeby, o których nie potrafią nam powiedzieć inaczej. Jak twierdzi Karolina Nogas, nauczycielka i założycielka Tyskiego Przedszkola Montessori, „dzieci swoim zachowaniem komunikują nam różne rzeczy”.
Rozmawia: Wioleta PIRÓG
„Kurier Nauczycielski”: – Jak radzić sobie ze złym zachowaniem dziecka i czy w ogóle w przypadku dzieci możemy mówić o „złym zachowaniu”?
Karolina Nogas: – Należałoby się zastanowić – złym dla kogo? I co to znaczy złym? Niezgodnym z ustaleniami świata dorosłych, niewygodnym, niebezpiecznym? Oczywiście, że dzieci często zachowują się w sposób, który wymaga od nas reakcji – co nie oznacza, że ma być to reakcja w stronę dziecka. Dzieci swoim zachowaniem komunikują nam różne rzeczy, dobrze jest zastanowić się nad tym, co kryje się za konkretnymi sytuacjami i w ten sposób szukać rozwiązań, które pozwolą na zaspokojenie potrzeb każdej ze stron. Jestem blisko zdania, że rodzicielstwo, czy w ogóle towarzyszenie dzieciom, to przede wszystkim radzenie sobie ze sobą i swoim zachowaniem. Gdy jesteśmy pewni siebie i skontaktowani ze swoim wnętrzem, przewodzenie dzieciom dzieje się w sposób łatwiejszy i radzenie sobie z trudnymi zachowaniami widzimy inaczej niż akcja – reakcja.
– Co może oznaczać „złe zachowanie” dziecka?
– Im dłużej obserwuję dzieci, tym bardziej mam przekonanie, że te zachowania, które są trudne, bardzo często wynikają z przytłoczenia. Dzieci czują się zdezorientowane, niepewne, wymagania w ich kierunku są zbyt wygórowane, a otoczenie niesprzyjające. Zwykle gdy jako dorośli zastanowimy się nad tym, co doprowadziło np. do wybuchu złości, bez problemu potrafimy znaleźć powód.
Najczęściej przecież takie sytuacje zdarzają się, gdy wybiegamy w pośpiechu do żłobka, przedszkola, pracy lub gdy po całym dniu spędzonym w głośnej placówce zabieramy dziecko jeszcze na zakupy do marketu. Albo przeciwnie – w weekend, gdy po intensywnych pięciu dniach, które minęły „nawet nie wiem kiedy”, mamy w końcu chwilę oddechu i dziecko może sobie „pozwolić” na puszczenie wstrzymywanych emocji.
Oczywiście nie zawsze jest możliwa zmiana życiowa, która pozwoliłaby nam na życie w spokojniejszy sposób, ale już samo zrozumienie, że dziecko naprawdę nie jest w stanie dostosować się do tempa życia dorosłych daje dużo. Zastanówmy się nad tym, jak często sami czujemy się przytłoczeni rzeczywistością, a przecież nasze mózgi są dojrzałe, mamy za sobą wiele lat doświadczeń i dużo większą odporność emocjonalną. Często zakładamy, że dzieci robią coś „na złość” albo że są w stanie bardziej kontrolować swoje zachowanie niż jest to rzeczywiście możliwe na ich etapie rozwoju – i to rodzi w nas frustrację i złość na dziecko.
– Jak sprawić, żeby przedszkole było przyjaznym miejscem dla wszystkich dzieci (również tych z deficytami rozwojowymi)?
– Moim zdaniem najważniejsze jest zaufanie do nauczycielek i słuchanie ich w tym, co mówią na temat potrzeb swojej grupy – bo to one znają ją najlepiej. Nie ma jednego, idealnego rozwiązania. Uważam, że dzieci najbardziej potrzebują spokoju w wieku przedszkolnym. Te ze specjalnymi potrzebami przede wszystkim dobrze się odnajdują, gdy wiedzą, czego mogą się spodziewać, dzień płynie swoim spokojnym rytmem i nie trzeba się nigdzie spieszyć. Oczywiście otoczenie również ma znaczenie – ładne, spokojne przestrzenie wspierają dzieci w szukaniu wewnętrznej harmonii. Zabawki, które nie przebodźcowują, a dają możliwość kreatywnego działania i szukania własnych rozwiązań. Jednak dorośli, z którymi dzieci nawiązują więź, są kluczowi dla ich dobrego samopoczucia w placówce. To trochę jak w domu – widzimy przecież, że gdy sami nie jesteśmy w formie, nasze dzieci zachowują się inaczej.
Dzieci tak naprawdę nie potrzebują masy dodatkowych zajęć ani codziennych fajerwerków – miejsce dla nich przyjazne to takie, w którym czują się bezpieczne i zaopiekowane. Wiedzą, że z każdym problemem mogą przyjść do dorosłego, wymagania wobec nich nie są wygórowane, a nadrzędnym celem każdej osoby zaangażowanej w proces opiekuńczy jest ich dobrobyt.
– Jak wspierać rozwój dziecka?
– Nie będę oryginalna – po prostu im nie przeszkadzajmy. Oczywiście nie mam na myśli zostawiania dzieci samymi sobie, ale działajmy dopiero po obserwacji i odpowiedzi na pytanie, czego tak naprawdę potrzebuje teraz moje dziecko. Czy na pewno jest to kolejna zabawka, wyjście do kina, zajęcia dodatkowe, atrakcje? Być może woła właśnie o chwilę przerwy i spokój?
Tym, co na pewno pomaga w rozwoju dzieci, jest rytm i przewidywalność, dzięki której czują się pewnie. I to na każdym etapie rozwoju. Nie oznacza to, że każdy nasz dzień ma wyglądać tak samo, ale dajmy dzieciom ramy, dzięki którym będą mogły odnaleźć się w pędzącym świecie, chociażby przez odniesienie do wartości i sposobu życia własnej rodziny. To są proste rzeczy – stałe pory posiłków, domowe rytuały. Często pilnujemy tego w wieku niemowlęcym, a w miarę dorastania dziecka dajemy się wkręcić w wir nieprzewidywalnego, szybkiego życia dorosłych. My ledwo po nim nawigujemy, jak dzieci mają dawać radę? Zapalmy świeczkę przy posiłkach, zostańmy przy stole, póki wszyscy nie zjedzą, wprowadźmy stałą sekwencję tego, co dzieje się przed pójściem do łóżek, ustalmy, że w każdą niedzielę wychodzimy na długi spacer… To przykłady kilku kotwic, które naprawdę wesprą dzieci w rozwoju.
– Z czym rodzice mają największy problem w procesie wychowywania dziecka?
– Wydaje mi się, że w tym, żeby naprawdę usłyszeć siebie. Wiedzieć, co jest dla nich jako rodziców ważne, jak chcą postępować, jakich ludzi chcą wychowywać. Rodzice gubią się w gąszczu ekspertów, porad, rozwiązań i głosów mówiących nam, co robić z własnymi dziećmi. Chcą wychowywać inaczej niż sami byli wychowywani, ale nie czują się pewnie. Oczywiście to nie ich wina, ale często to brak kontaktu ze sobą samym ma największe oddziaływanie na dzieci. Bywa, że po pomoc do psychologa zgłasza się rodzic ze względu na dziecko, a okazuje się, że to naprawdę nie ono potrzebuje spotkań z kimś, kto pomoże mu odnaleźć się w świecie, tylko rodzic. I to naprawdę częste sytuacje, gdy po odbyciu własnej terapii problemy z dzieckiem zdają się maleć lub znikać.
– Czy wychowywać dziecko bez kar?
– Przede wszystkim warto się zapytać, o co nam chodzi, gdy dajemy dziecku karę. Jakie mamy przekonania, które sprawiają, że decydujemy się na taki sposób budowania relacji i naszego autorytetu. Czy wydaje nam się, że dzięki temu osiągniemy zamierzone cele? Czy po prostu żyjemy w przekonaniu, że jest wina (złe zachowanie) i musi być kara. Dzieci potrzebują być prowadzone przez dorosłych, muszą mieć na kim się oprzeć, żeby móc w przyszłości samodzielnie nawigować po świecie. Do tego potrzeba zaufania, umiejętności oceny własnych możliwości, poczucia, że jest się kochanym i mocnego centrum.
Czy karanie dzieci buduje cokolwiek z tych rzeczy? Dzieci muszą czuć grunt pod nogami – wyznaczajmy rodzinne wartości, wyjaśniajmy, dlaczego w naszej rodzinie nie odnosimy się do siebie w jakiś sposób, nie używamy konkretnych rozwiązań. Dyscyplina ma być przewodzeniem dziecku, nie zaś ciągłą walką. Dzieci muszą jasno wiedzieć, czego chcemy, jednak żeby to się wydarzyło, sami musimy mieć tu jasność. Przywołam częste przykłady… Rodzic krzyczy na dziecko, żeby ono przestało krzyczeć, karze za używanie przekleństw, które są w jego codziennym słowniku, za niedotrzymanie umowy, choć sam wciąż tak robi, za używanie telefonu w zabronionych godzinach, mimo że sam spędza ten czas przed ekranem. Pamiętajmy, jakie są wartości rodziny i pilnujmy ich, a może się okazać, że nie potrzebujemy stosowania kar.




