
Adrian Borowik o terapii autyzmu zabawą
25 września, 2025
Pornografia uczy uprzedmiotawiania i wykorzystywania. Ryzykowany eksperyment na dzieciach
25 września, 2025Adam Bielecki, wybitny himalaista, był gościem konferencji edukacyjnej pt. „Uczenie się przez działanie – motywacja i inspiracja”, która odbyła się 29 listopada 2021 roku w Tychach. O tym, jak wspomina swoją edukację i nauczycieli, jak wychowywali go rodzice i jakiej szkoły szuka dla swoich dzieci, opowiedział w rozmowie z Anną Damaschk, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 4 w Tychach Jaroszowicach, i Maciejem Gramatyką, wiceprezydentem Tychów, odpowiadającym m.in. za oświatę. Motto spotkania z himalaistą brzmiało: „Kiedy dziecko wierzy w siebie, nie poddaje się też, będąc dorosłym”.
Maciej Gramatyka: Kiedyś powiedziałeś w wywiadzie: „Nie lubiłem chodzić do szkoły. […] Dla mnie szkoła była opresją i przerażającą nudą”. Rzeczywiście było aż tak źle?
Adam Bielecki: Było źle, szczególnie w podstawówce. Byłem nadpobudliwym chłopakiem. W tamtych czasach nie diagnozowano ADHD, ale pewnie dostałbym takie orzeczenie. Na szczęście lepiej było w liceum, a całkowicie odnalazłem się dopiero na studiach.
Trudno było mi wysiedzieć w ławce przez 45 minut. Musiałem wtedy coś ze sobą robić… Huśtałem się na krześle, bawiłem się czymś… Nauczycieli musiało to denerwować. Siebie jednak rozgrzeszam, bo mój temperament nie pozwalał mi inaczej.
Czytałem wtedy dużo książek. W domu panował zwyczaj żywej dyskusji. Jako dzieci mieliśmy prawo wypowiedzieć swoje zdanie, a w szkole tak nie było.
W podstawówce moje relacje z nauczycielami nigdy nie były neutralne. Musiałbym przeprosić niektórych z nich. Byłem trudny – pyskaty, niepokorny i przemądrzały. Byli tacy nauczyciele, których lubiłem i oni mnie lubili, bo byłem aktywny na lekcjach, zgłaszałem się. Oni potrafili ten mój bunt przekuć w coś fajnego. Jednak byli i tacy, których irytowałem, bo zajmowałem za dużo przestrzeni na lekcji. Ci walczyli ze mną i próbowali mnie usadzić.
Anna Damaschk: Ale miałeś marzenia… Przeczytam coś: „Przemierzam wzdłuż i wszerz lądy i morza. Będę tam, gdzie zachodzi słońce i wstaje zorza. Wybiorę się na wyprawę dookoła świata i popłynę do krainy, gdzie nawet słoń może latać. Zwiedzę Azję wielką, wejdę na dach świata i wyślę z Hongkongu kartkę do brata. Zobaczę K2 i Ganges wielki, zanurkuję w Bajkale jako jakiś delfin. Zwiedzę oceany i pustynie, przejdę wzdłuż Saharę i Morze Śródziemne przepłynę. Kiedyś to wszystko zobaczę”. Jak napisałeś, tak zrobiłeś.
A.B.: Ja to napisałem? Ginie mi to gdzieś w mrokach dziejów. Mogłem mieć wtedy osiem–dziesięć lat. Najpierw miałem marzenia o podróżach, dopiero potem o wspinaniu się po górach. Towarzyszyły mi one od wczesnego dzieciństwa. Gdy mnie wtedy pytano, kim chcę zostać, mówiłem, że alpinistą.
Wprawdzie za szkołą nie przepadałem, ale trafiłem w niej również na wspaniałych nauczycieli. W podstawówce był to pedagog szkolny Artur Badeja. Organizował rajdy górskie w Beskidy. Podrzucał mi książki o górach. Był współodpowiedzialny za moją pasję [śmiech]. W szkole podstawowej i w liceum zetknąłem się z nauczycielką biologii Marzeną Gąsior. Uczniowie wyjeżdżali z nią na wspinaczkę skałkową. Pani Marzena sama też się wspinała. Była zdziwiona, kiedy w siódmej klasie napisałem wypracowanie z biologii o wpływie wysokości na organizm człowieka. Wkrótce udało się uprosić rodziców i jako najmłodszy w grupie uczestniczyłem w wyprawach na skałki. To były moje pierwsze kroki we wspinaniu.
M.G.: Gdyby nie szkoła, to może by tego wszystkiego nie było?
A.B.: Podejrzewam, że i bez szkoły jakoś znalazłbym drogę w te góry, ale nie stałoby się to tak szybko, gdyby nie pani z biologii w podstawówce. Mając 13 lat, zadzwoniłem do Klubu Wysokogórskiego w Katowicach i powiedziałem, że chciałbym się nauczyć wspinać, ale powiedzieli mi, że trzeba mieć ukończone 15 lat. Cały czas na wszystko byłem za młody. Na kurs skałkowy, na kurs tatrzański. Dziś na szczęście te kryteria wiekowe zostały obniżone. Według mnie dzieci w wieku 10 lat spokojnie mogą wspinać się na skałkach.
M.G.: Motywacja rozbudzona przez nauczyciela, który miał pasję, zaowocowała tym, co się później działo w twoim życiu?
A.B.: Może nie tyle chodziło o rozbudzenie motywacji, ale o umożliwienie mi realizacji moich zainteresowań, za co będę do końca życia wdzięczny tej dwójce nauczycieli.
A.D.: Co miało decydujący wpływ na to, że sięgasz tak wysoko, tak daleko?
A.B.: Podstawowym kryterium, którym kierowali się moi rodzice, było wychowywanie mnie do samodzielności. I to już od bardzo wczesnego wieku. Rodzice chcieli, abym się uczył na swoich błędach.
Zawsze mogłem dużo więcej niż moi rówieśnicy. Mogłem wyjeżdżać, mogłem chodzić na imprezy… Rodzice mieli do mnie zaufanie, a ja nie miałem potrzeby, żeby ich okłamywać. Zawsze wiedzieli, gdzie jestem. Gdy dzwoniłem, że mogę wrócić godzinę później, to w słuchawce słyszałem: „Będziesz wracał po nocy? Przyjdź rano”.
Owa samodzielność przewijała się przez całe moje dzieciństwo. Czasem mnie irytowała, a czasem było mi przykro. Miałem bowiem wrażenie, że rodzice o mnie nie dbają. Wracam z kolonii, na wszystkich czekają rodzice, a ja idę na autobus. Gdy miałem osiem lat, rodzice wysłali mnie samego pociągiem do babci we Wrocławiu. Wsadzili mnie do wagonu na dworcu w Katowicach i poprosili konduktorkę i współpasażerów, aby mieli na mnie oko, a we Wrocławiu na peronie odebrała mnie babcia.
Po latach wiem, że to było dla mojego dobra. Wiem też, że obecnie są inne czasy i gdybym dziś wychowywał swoje dzieci tak jak mnie wychowywali rodzice, pewnie wylądowałbym w więzieniu.
M.G.: Nic dziwnego, że wieku 17 lat samotnie wszedłeś na siedmiotysięcznik. Kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, rozmawialiśmy, w jaki sposób szkoła i jej system oceniania oraz motywowania przygotowuje do życia i odniesienia sukcesu.
A.B.: W szkołach dominuje tzw. motywowanie zewnętrzne. Jak coś zrobisz, to dostaniesz nagrodę (ocenę). Fajnie jednak, żeby dzieci posiadały motywację wewnętrzną. Uczę się nie po to, żeby zadowolić rodziców, mieć spokój od nauczycieli albo że boję się kary (złej oceny). Uczę się, bo mnie to interesuje, bo będę umiał i wykorzystam to w życiu. Wtedy nagroda przyjdzie sama.
Nigdy nie usłyszałem od rodziców: „A dlaczego nie piątka?”, co nie oznacza, że nie gonili mnie do nauki. Ale tu znowu wkradała się ta samodzielność. Tata mówił mi: „Adam, to jest twoja edukacja, ty decydujesz”. Gdy poszedłem na wagary, nie było awantury, ale jak wpadłem w kłopoty, rodzice mnie za uszy nie wyciągali. Sam musiałem rozwiązać sprawę. Sam też musiałem wybrać sobie liceum i kierunek studiów. Mówiłem rodzicom: „Rozumiem, że to moja decyzja, ale chciałbym poznać wasze zdanie”. Ojciec odpowiadał wtedy: „Nie, bo potem przez cztery lata będziesz miał do mnie pretensje, że źle przeze mnie wybrałeś”.
A jak wybrałem liceum w Tychach? Większość kolegów poszła do II LO im. Norwida, a ja do I LO im. Kruczkowskiego. „Kruczka” wybrałem głównie dlatego, że nie chciałem chodzić do szkoły tą samą drogą, co do podstawówki (SP nr 1 znajduje się nieopodal „Norwida”). To byłoby nudne. Zawsze szukałem nowych dróg [śmiech].
M.G.: Twój syn ma sześć lat. Lada chwila czeka was wybór szkoły. Bazując na twoich doświadczeniach, czym będziesz się kierował w poszukiwaniach odpowiedniej placówki?
A.B.: Przemawia do mnie idea szkoły demokratycznej, bo sam chciałbym do takiej chodzić. Regularnie zadawałem w szkole pytanie: „A po co my się tego wszystkiego uczymy?”. I regularnie nie umiałem uzyskać na to odpowiedzi.
Podoba mi się brak ścisłego rozgraniczenia na przedmioty. Gdy idziemy do lasu, mamy jednocześnie geografię, bo musimy tam trafić. Mamy też biologię, bo się uczymy o tym lesie, i możemy tam jeszcze wprowadzić elementy fizyki i chemii. Ja zawsze w szkole szukałem sensów. Lubiłem, jak coś składało mi się w jakąś większą całość. Były przedmioty, które mnie interesowały i miałem z nich dobre oceny, i były takie, które kompletnie mnie nie pociągały i nie radziłem sobie z nimi. To zupełnie naturalne, że nie możesz być dobry ze wszystkiego.
Chciałbym, żeby moje dzieci chodziły do szkoły, gdzie miałyby możliwości rozwoju tych zainteresowań, które posiadają. Żeby były podmiotem w relacjach z nauczycielami, a nie nauczanym przedmiotem. Chodzi o wyeliminowanie tego schematu, w który tak trudno było mi się wtłoczyć: lekcja, ławka, dzwonek, ocena. Podpisuję się pod maksymą: „Gdy musisz, rodzi się bunt. Gdy możesz, dzieją się cuda”.
A.D.: Jaką dałbyś radę współczesnym rodzicom, którzy chcą pomóc rozwijać pasje swoich pociech?
A.B.: Muszą pozwolić im na samodzielność. Widzę to po swoich doświadczeniach jako dziecko i obecnie, jako rodzic dwójki dzieci. Największym wyzwaniem rodzicielstwa jest powściąganie strachu o swoje dzieci i pozwolenie im na popełnienie błędów, na przewracanie się i zdzieranie sobie kolan. Bo jak się nie przewróci, to się nie nauczy [uśmiech].
Jak wspierać pasje? Podam przykład negatywny, jak tego nie robić. Wczoraj byłem na ściance, na treningu, i byłem świadkiem scenki, którą wcześniej widziałem już wiele razy. Dziecko (siedem–osiem lat) wisi na linie w połowie ścianki. Płacze. Na dole tata: „Przestań panikować, idź do góry. Nic ci się nie stanie. Jesteś na linie”. Dziecko: „Nie chcę, boję się”. Tata: „Nie masz się czego bać, no idź!”. W końcu tata skapitulował i spuścił to dziecko na dół. Ten maluch już nigdy na ściankę nie wejdzie. Uprawiam różne sporty i często widzę na treningach rodziców razem z dziećmi. To ma być dla maluchów przyjemność, a tymczasem te dzieci są tam dla przyjemności rodziców. Dla ich dumy i satysfakcji. Dziecko ma realizować ambicje rodzica, a nie swoje własne.
Oczywiście chciałem zarazić swoje dzieci wspinaczką. Przyjąłem jednak inną strategię. Zabierałem je ze sobą, ale przez pierwsze 10 wyjazdów w ogóle się nie wspinały. Biegały i bawiły się wokół. Dopiero gdy syn podszedł do mnie i powiedział, że chciałby spróbować, to choć w środku usłyszałem fanfary i ogarnęła mnie euforia, na zewnątrz zachowałem spokój. „Oczywiście, synku, możesz spróbować”. Dziś to moje dzieci wyciągają mnie na ściankę. Uwielbiają to. Ja jednak nigdy nie pchałem ich do tego, nie przymuszałem.
Ludzie pytają mnie czasem, czy chciałbym, żeby moje dzieci się wspinały. Odpowiadam, że chciałbym, żeby były szczęśliwe, a co da im to szczęście, to jest tylko i wyłącznie ich sprawa. Będę tylko ich w tym wspierał.
Pytanie uczestnika konferencji: Jakie wartości z alpinizmu i himalaizmu warto zaszczepić w dzisiejszej szkole?
A.B.: Trudne pytanie… Może umiejętność koncentracji i zdolność nabrania dystansu do tego, co ważne, a co nie.
Pytanie uczestnika konferencji: Jak w wychowywaniu do samodzielności powściągnąć strach o dzieci?
A.B.: Chyba poprzez jego racjonalizację. Czego się boję? Czy ten strach jest uzasadniony? Dziecko wchodzi na drabinkę. Boję się, że spadnie. OK, ale jeśli spadnie, to jakie mogą być konsekwencje? Nie zabije się. Są małe szanse, że sobie coś złamie… Jeśli nabije sobie guza lub zedrze kolano na wczesnym etapie życia, to jest to niewielka cena za bycie pewnym siebie dorosłym człowiekiem. Oczywiście jeśli ryzyko jest duże, to reaguję i daję wsparcie. Jeśli będziemy dla dzieci kloszem odgradzającym od świata, to jak ono ma sobie radzić ze złem i przeciwnościami?
***
Konferencja „Uczenie się przez działanie – motywacja i inspiracja” została zorganizowana przez Miejskie Centrum Oświaty w Tychach, Tyskie Inicjatywy Oświatowe, gminę Tychy oraz centrum szkoleniowe EduAkcja w Warszawie.
Oprac. (JJ)
Adam Bielecki, 38 lat, pochodzący z Tychów taternik, alpinista i himalaista. Pierwszy zimowy zdobywca ośmiotysięczników: Gaszerbrum I (2012) i Broad Peak (2013) oraz zdobywca Makalu (2011), K2 (2012) i Gaszerbrum II (2018). Honorowy Obywatel Miasta Tychy (2018).
Absolwent I Liceum Ogólnokształcącego im. Leona Kruczkowskiego w Tychach i Uniwersytetu Jagiellońskiego (psychologia).

Jest członkiem Klubu Wysokogórskiego w Krakowie. Wspina się od 1996 roku. Autor blisko 100 wejść wspinaczkowych w Tatrach i Alpach zarówno latem, jak i zimą. Lider kilkudziesięciu wypraw w góry Azji, Afryki, Europy i obu Ameryk. W 2000 roku, w wieku 17 lat, jako najmłodszy człowiek na świecie dokonał samotnego wejścia w stylu alpejskim na Chan Tengri (7010 m n.p.m.).
Współautor książki Spod zamarzniętych powiek, uznanej „Najlepszą Książką Górską 2017 roku” w plebiscycie „Sportowa książka roku 2017”.
5 marca 2013 roku Adam Bielecki wraz Maciejem Berbeką, Tomaszem Kowalskim i Arturem Małkiem dokonali pierwszego zimowego wejścia na Broad Peak (8047 m n.p.m.). Berbeka i Kowalski zaginęli podczas zejścia ze szczytu. Komisja Polskiego Związku Alpinizmu uznała, że Bielecki i Małek poprzez nadanie własnego tempa i zostawienie partnerów bez kontaktu wzrokowego postąpili wbrew zasadom etyki w górach. Wnioski zespołu wypadkowego wzbudziły kontrowersje i podzieliły środowisko wspinaczy. Sam Bielecki kwestionował końcowe oceny PZA jako nieoparte na realiach wyprawy i niewynikające z obiektywnej analizy faktów.
27 stycznia 2018 roku Adam Bielecki wspólnie z Denisem Urubką, Jarosławem Botorem i Piotrem Tomalą przerwali Narodową Zimową Wyprawę na K2 i wzięli udział w akcji ratowniczej na Nanga Parbat, która została zorganizowana, by pomóc schodzącej ze szczytu Francuzce Élisabeth Revol i Tomaszowi Mackiewiczowi. Adam Bielecki, wspinając się wraz z Urubką, w godzinach nocnych dotarł do Revol na wysokości ok. 6100 m n.p.m. Udało się sprowadzić ją do obozu. Dojście do Mackiewicza, z uwagi na ekstremalne warunki pogodowe, nie było możliwe.
Między innymi za tę bohaterską akcję ratunkową został uhonorowany przez Prezydenta RP Andrzeja Dudę Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz odznaczony Legią Honorową V Klasy przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona.
(J)




