
Adaptacja w przedszkolu – studium przypadku. Przyczyny i skutki nadopiekuńczości
16 września, 2025
Trzy ważne pytania o szkołę
16 września, 2025
Nietrudno zauważyć, że wśród nauczycieli przeważającą większość stanowią kobiety. Dlaczego mężczyźni tak rzadko decydują się na pracę w tym zawodzie? Czy brak mężczyzn w wychowaniu i edukacji chłopców może być jedną z przyczyn powstawania zjawiska zwanego kryzysem męskości? Pytamy o to dr. Kamila Wilka, wicedyrektora Przedszkola nr 8 „Zielony Ogród” w Tychach i nauczyciela przedszkolnego.
Rozmawia: Wioleta PIRÓG
– Wśród nauczycieli znaczną większość stanowią kobiety. Dlaczego tak jest?
Kamil Wilk: – Jest tak szczególnie w przedszkolu i w pierwszym etapie edukacji, czyli w klasach 1–3 szkoły podstawowej. Owo sfeminizowanie jest uwarunkowane historycznie. W czasach międzywojennych i powojennych z oczywistych przyczyn (konieczność odbudowy kraju) potrzebne były silne ręce do pracy, tak więc mężczyźni poszli tam, gdzie było to nieodzowne. Kobiety z kolei zostawały w domach i opiekowały się dziećmi. Powstawały wówczas tzw. ochronki – czyli instytucje podobne do dzisiejszych przedszkoli, choć bardziej zorientowane na opiekę niż na edukację.
Zakładano wówczas szkoły dla ochroniarek. Ciekawe jest to, według jakich kryteriów kierowano dziewczęta do tych szkół. Pisano o nich w opiniach szkolnych tak: „Mało pilna, mało zdolna, ale lubi dzieci i ładnie śpiewa…” – i tak się przyjęło, że nauczyciel przedszkola (bo dziś pracują w tych instytucjach nauczyciele – nie opiekunowie) bywał (i zapewne czasem wciąż bywa) postrzegany jako pedagog „drugiej kategorii”. Jest to bardzo krzywdzące, gdyż wszystkiego, co w życiu najważniejsze, uczymy się właśnie w przedszkolu, i jest to praca niezwykle odpowiedzialna i bardzo trudna, wymagająca szerokiej, ugruntowanej wiedzy pedagogicznej, psychologicznej i… ogólnej.
Dodatkowo w społeczeństwie od pokoleń patriarchalnym (którym w wielu aspektach jesteśmy po dziś dzień) utarło się, że przedszkole – jak i opieka nad dzieckiem młodszym – jest zarezerwowane wyłącznie dla kobiet.
– Czyli mamy do czynienia ze stereotypami?
– Stereotypy pewnie też mają tutaj znaczenie. W literaturze psychologicznej odnajdziemy publikacje, w których autorzy dość jednoznacznie wypowiadają się na ten temat. W naszej kulturze funkcjonują stereotypowe wzorce męskie i stereotypowe wzorce żeńskie. Jak już wspomniałem – w społeczeństwie, w dużej mierze opartym jeszcze na patriarchacie, ciągle są widoczne te tradycyjne role. Mimo że wśród młodszych pokoleń granice pomiędzy rolami społecznymi postrzeganymi przez pryzmat płci tracą swoją dotychczasową ostrość.
Zapewne po części jest też tak, iż niektórzy mężczyźni nie podejmują pracy w zawodzie nauczyciela z mniej lub bardziej wyraźnie artykułowanej obawy przed jakimś rodzajem ośmieszenia, a trzeba pamiętać, że w tym tradycyjnym pojmowaniu świata posiadanie cech właściwych płci przeciwnej odbierane jest zdecydowanie negatywnie. Świadczą o tym funkcjonujące wciąż w języku potocznym określenia, takie jak np. „nie bądź babą” albo „zrób się chłopem”. Być może więc niektórzy mężczyźni obawiają się posądzenia o bycie niemęskim.
– Jak w przedszkolu odbierany jest nauczyciel mężczyzna?
– Mężczyznę pracującego z dziećmi niektórzy ludzie mogą postrzegać jako pewnego rodzaju „wybryk natury”, chociażby przez sam fakt, iż nauczyciele tacy są bardzo nieliczni. Kiedyś w kilku śląskich miastach zebrałem opinie na temat nauczycieli mężczyzn w przedszkolach. Pokazały one pozytywny odbiór pierwiastka męskiego w wychowaniu przedszkolnym zarówno przez dyrektorów, jak też przez nauczycielki oraz rodziców dzieci przedszkolnych. Wprawdzie te „badania” nie były prowadzone na próbie reprezentatywnej, stąd nazbyt szerokie uogólnianie wniosków płynących z takich dociekań nie jest uprawnione. Jednak ciekawostką jest to, że bardzo nieliczne były opinie świadczące o przypisywaniu takim mężczyznom cech dewiacyjnych. Pochodziły one wyłącznie z jednej dzielnicy pewnego miasta – wyjątkowo niesławnej i dobrze znanej policji.
Prowadząc te badania, dzwoniłem do jednego z miejskich centrów oświaty i po uprzednim przedstawieniu się zadałem pytanie o mężczyzn zatrudnionych w tamtejszych przedszkolach. Moja rozmówczyni najpierw zastanawiała się, czy nie stroję sobie żartów, a potem powiedziała mi krótko (w pięknej, śląskiej gwarze): „Panie, u nos takiego nie było, ni ma i nie bydzie”. A dla podkreślenia swojej racji zapytała mnie, jak sobie wyobrażam sytuację, w której mężczyzna musiałby np. pomóc dziecku w czynnościach higienicznych. To był argument, który – w mojej opinii – mógł uzasadniać sformułowanie nieuprawnionych hipotez. A ja – wbrew wszystkiemu – jestem…
– Jak zostałeś nauczycielem w przedszkolu?
– Gdybym powiedział, że kiedykolwiek o tym marzyłem, to skłamałbym. Nie byłem nigdy zainteresowany ani pedagogiką, ani tym bardziej pracą w przedszkolu. Interesowałem się muzyką. Natomiast mój świętej pamięci tata Adam (wysokiej klasy znany i ceniony lekarz okulista) mówił, że muzyk może być albo bardzo bogaty, albo bardzo biedny, a przecież tych drugich jest zdecydowanie więcej…
Poszedłem więc na studia, które wydawały mi się wówczas mało wymagające, to znaczy na wychowanie muzyczne. Ukończyłem je, ale w ich trakcie urodziło mi się dziecko, chciane i planowane, dlatego musiałem zapracować na własne utrzymanie. W tamtym czasie (1998 rok) było dosyć duże bezrobocie. Znalezienie pracy jako nauczyciel muzyki w szkole było właściwie niemożliwe. W środowisku tym była bowiem bardzo niewielka rotacja i minimalne zapotrzebowanie na nowe kadry. W międzyczasie niektórzy moi koledzy prowadzili tak zwaną rytmikę przedszkolną, którą ja wolę nazywać zajęciami umuzykalniającymi. Zacząłem je prowadzić w przedszkolach. Okazało się, że mi to wychodzi, a przynajmniej nikt się specjalnie nie uskarżał. I tak w końcu trafiłem również do Przedszkola nr 8 w Tychach. I zostałem…
– Dziś jesteś tam nie tylko nauczycielem, ale i wicedyrektorem.
– Po kilku latach pojawiło się pytanie o to, jakie kwalifikacje formalne powinien posiadać zewnętrzny instruktor pracujący z dziećmi. Dlatego ukończyłem studia podyplomowe z wychowania przedszkolnego. Początkowo zatrudniłem się w tyskiej „Ósemeczce” na pół etatu, co dawało mi możliwość zrobienia awansu zawodowego. Z czasem zaczynała mi się ta praca coraz bardziej podobać. Po 12 latach prowadzenia zajęć z rytmiki na dość dużą skalę zostałem nauczycielem etatowym.
– Czy aspekt finansowy może być kolejnym z powodów, dla których mężczyźni nie decydują się na wybór tego zawodu?
– Aspekt finansowy jest nie do pominięcia. To jest praca, która nie daje możliwości godnego utrzymania się z jednego etatu. Bez względu na to, czy mowa o przedszkolu, szkole czy o uczelni wyższej. Znam paru mężczyzn, którzy pracowali lub pracują w wychowaniu przedszkolnym, i ich wspólną cechą jest właśnie to, że najczęściej zaczynali tam jako instruktorzy zajęć pozabudżetowych, tak jak ja. Dopiero później osiadali tam jako nauczyciele.
– Na ile płeć nauczyciela może wpływać na rozwój dzieci, szczególnie chłopców?
– Przede wszystkim na wszechstronny rozwój dzieci wpływ ma nie tyle płeć nauczyciela, ile jakość jego pracy. Kiedyś chłopcy spędzali czas z mężczyznami, przygotowując się do roli społecznej zdeterminowanej jednoznacznie przez płeć. Funkcjonował tradycyjny podział na obowiązki męskie i żeńskie. Dziś ważne jest dostarczanie dzieciom zrównoważonych wzorców kulturowych. Trudno w tym kontekście zakwestionować doniosłą rolę rodziny w rozwoju dziecka. Rodziny pełnej, bo potrzebne są zarówno wzorce żeńskie, jak i męskie. Tymczasem te granice odrobinę nam się zacierają. Z jednej strony ktoś powie, że to jest w porządku. Bardzo wiele kwestii można uznać – z naukowego punktu widzenia – za możliwe do uregulowania na gruncie umowy społecznej.
– Czy brak udziału mężczyzn w edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej może być jednym z powodów występującego dziś zjawiska kryzysu męskości?
– Można wysunąć taką hipotezę. Mówi się, że dzisiejsi mężczyźni są zniewieściali, że nie mają cech tradycyjnie uznawanych za męskie. Cechuje ich za to niezdecydowanie, nieporadność czy mniejsza wytrzymałość.
Weźmy na przykład zjawisko tzw. eurosierotyzmu, czyli sytuacji, w których jedno z rodziców (lub czasem oboje) wyjeżdża zarobkowo za granicę, przy czym często tym rodzicem „zdalnym” bywa mężczyzna. Choć w tak funkcjonującej komórce społecznej teoretycznie pierwiastek męski jest obecny, to jednak w zupełnie inny sposób – nie bezpośrednio, nie stale. Rola ojca zaczyna więc sprowadzać się do zapewnienia lepszego bytu poprzez dostarczenie środków finansowych, jednak z pominięciem udziału w wychowaniu. Czasem zresztą taki dojeżdżający czy wirtualny rodzic potrafi psuć oddziaływania wychowawcze rodzica stacjonarnego, trudno bowiem o zachowanie jednolitego frontu wychowawczego.
Należy zauważyć, że w takich okolicznościach tradycyjny obraz ojca, będącego autorytetem w sprawach codziennych, ulega zniekształceniu czy wręcz dewaluacji. To matka jest bowiem osobą podejmującą najważniejsze decyzje. Tatę traktuje się bardziej instrumentalnie. Jeżeli na to nakłada się jeszcze blisko stuprocentowa feminizacja oświaty – szczególnie w przedszkolach i klasach 1–3, czyli w tym czasie, kiedy następuje najintensywniejszy rozwój także w sferze emocjonalnej i społecznej, to zaczyna się okazywać, że brakuje wzorców zachowań właściwych płci męskiej.
– Czy obecny system edukacji nie jest opresyjny dla chłopców? Biorąc pod uwagę, że w szkole naturalne zachowania chłopięce, takie jak bieganie, rywalizacja czy bicie się, są tłumione i karane?
– Można powiedzieć, że edukacja w ogóle jest opresyjna. Niestety, prawda jest taka, że w jakimkolwiek paradygmacie zechcielibyśmy się poruszać, nigdy nie będzie tak, że wszyscy dostosują się do dziecka. Zawsze jest to jakiś rodzaj ram, w których trzeba funkcjonować.
Te naturalne zachowania chłopców – a właściwie zachowania ludzkie – czemuś służą. Pewne atawizmy, zabawy w przepychanki… Gdy ja jako dziecko przewróciłem się na ulicy, mama kazała mi się pozbierać i na drugi raz uważać, i nikomu nie przyszło na myśl pisać skargi do zarządu ulic o to, że płytkę chodnikową podmyło. Miałem po prostu patrzeć pod nogi. Dzisiaj, gdy coś podobnego się dzieje, także w szkole, to szukamy odpowiedzialności na zewnątrz, poza sobą.
– Z jednej strony występuje roszczeniowość rodziców, a z drugiej mamy do czynienia ze zbyt dużą odpowiedzialnością kładzioną na barki nauczycieli?
– To jest bardzo trudny czas dla nauczycieli. Niektórzy mówią o pedagogice – zwłaszcza absolwenci kierunków technicznych – że to łatwe studia. Natomiast praca jest bardzo trudna, ponieważ nie mamy wypracowanych wzorów w rozumieniu nauk ścisłych. To znaczy takich recept, które sprawdzą się zawsze i wszędzie na podobieństwo wzorów matematycznych.
Trudno się dzisiaj pracuje i współpracuje z niektórymi ludźmi. Powszechność dostępu do (wszelkich) informacji, łatwość ich pozyskania – przy równoczesnym (równie powszechnym) braku zwyczaju ich weryfikacji generuje liczne postawy roszczeniowo-żądaniowe. Trzeba wziąć pod uwagę, że jeżeli my ponosimy odpowiedzialność za wszystko, za każdy ząb, za każdą rankę, za każdą przypadkową kontuzję, siniak, otarcie, w ogóle za wszystko, to naturalnie staramy się unikać sytuacji, w których do takich zdarzeń mogłoby dojść. Z jednej strony ktoś powie, że to dobrze, bo zapewniamy bezpieczeństwo. Z drugiej strony: łatwo jest wylać dziecko z kąpielą…
– Jak z perspektywy czasu postrzegasz swój zawód?
– Lubię uczyć, lubię mówić do ludzi i rozmawiać z nimi. O pedagogice przedszkolnej, o muzyce, o tym, co mnie zawodowo wciągnęło wiem wiele. Nie jest to wyłącznie wiedza wyniesiona z książek, ale też budowana na wieloletnim doświadczeniu. Do przedszkola trafiłem, szukając niszy, która pozwoli mi żyć z tego, co bardzo lubię, czyli z muzyki. Muzyka to harmonia, czyli porządek – przeciwieństwo chaosu. Można ją także odnosić do życia i czytać jako umiejętność pogodzenia tego, co konieczne, z tym, co ulubione.

– Czy uważasz, że powinno być więcej nauczycieli płci męskiej we wczesnych etapach edukacji?
– Uważam, że różnorodność jest dobra. Także różnice między mężczyzną i kobietą są piękne. I potrzebne, jeśli tylko nie służą odbieraniu innym wolności wyboru. Różnice między ludźmi są naturalne i bardzo dobrze, jeżeli uczyliby różni ludzie. I kobiety, i mężczyźni. Jednak wydaje mi się, że jeszcze długa droga do tego, żeby więcej mężczyzn chciało zainteresować się pedagogiką – zwłaszcza przedszkolną i wczesnoszkolną. Choć kilku studentów tego kierunku jest…
Kamil WILK
Doktor nauk społecznych w dyscyplinie pedagogika, adiunkt w Instytucie Nauk Humanistycznych i Społecznych Małopolskiej Uczelni Państwowej w Oświęcimiu oraz w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, wicedyrektor Przedszkola nr 8 „Zielony Ogród” z Oddziałami Integracyjnymi w Tychach, wychowawca grupy integracyjnej „Sarenki”, pedagog muzyczny i przedszkolny, organista.




