
Na lekcje z Gwiezdnymi wojnami. Koniec z tradycyjnym dzwonkiem w tyskim liceum
15 września, 2025
Adaptacja w przedszkolu – studium przypadku. Przyczyny i skutki nadopiekuńczości
16 września, 2025Książka, którą powinni przeczytać rodzice i nauczycieleJak mówi Magda Mieśnik, autorka (wraz z mężem Piotrem) książki reportażowej Noski. Tak ćpają polskie dzieci, narkotyki są dziś obecne w każdej szkole w Polsce – nawet w podstawówkach. Po substancje psychoaktywne sięgają już dziewięciolatki. Co więcej, dzieci zażywają nie tylko tradycyjne narkotyki… Odurzają się tym, co znajdą w domowej apteczce czy pobliskiej drogerii. Ćpają wszystko – leki, klej lub… suchy szampon. Wiedzę o odurzającym działaniu tych produktów czerpią z sieci i od rówieśników.
Kurier Nauczycielski: – Skąd wziął się pomysł na tę książkę?
Magda Mieśnik: – Sami jesteśmy rodzicami. Mamy z Piotrem dzieci w wieku czterech i dziewięciu lat. Od znajomych usłyszeliśmy, że temat narkotyków pojawia się już w szkołach podstawowych. Postanowiliśmy przyjrzeć się temu bliżej, aby zdobyć wiedzę na własny użytek. Gdy jednak zaczęliśmy zgłębiać ten temat, okazało się, że problem jest naprawdę poważny. Uznaliśmy więc, że warto go opisać w książce. Tym bardziej, że wielu rodziców dzieci uzależnionych mówiło nam, iż brakuje rzetelnej wiedzy o ścieżce postępowania w takich przypadkach. Rodzice nie wiedzą więc, jak się zachować i co robić. Tak naprawdę jedynym źródłem wiedzy są dla nich rozmowy z innymi osobami znajdującymi się w podobnej sytuacji. Dlatego postanowiliśmy podzielić się tym, czego się dowiedzieliśmy – z myślą o innych rodzicach.
– Jaka jest skala problemu uzależnionych dzieci?
– Dokładnie nie wiadomo, ponieważ nikt tego zjawiska pełnowymiarowo nie bada. Natomiast jeden z terapeutów, profesor Mariusz Z. Jędrzejko, który mieszka w małej wsi około 50 km od Warszawy, powiedział nam, że tam na szesnaście domów aż w czterech są dzieci z problemem narkotykowym. Szefowa jedynego na Podkarpaciu oddziału psychiatrii dziecięcej mówi, że spośród jej czterdziestu pacjentów dziesięcioro ma problem z narkotykami, a na miejsce w ośrodku leczenia uzależnień dla dzieci czeka się obecnie od trzech do sześciu miesięcy.
– Co ćpają nasze dzieci?
– Wszystko. Przede wszystkim to, co nigdy nie przyszłoby nam do głowy. Według ekspertów praktycznie nie ma już osób, które zażywają tylko tradycyjne narkotyki, na przykład metamfetaminę. Coraz częściej nieletni sięgają po leki wydawane bez recepty, które są bardzo łatwo dostępne. Używają też różnych kosmetyków, które można kupić w każdej drogerii, na przykład suchych szamponów, dezodorantów, gazu z zapalniczek, kleju itd. Wąchanie kleju kojarzy się nam z przeszłością, ale niestety wciąż jest on w użyciu, bo jest bardzo tani i łatwo go zdobyć. Każde dziecko może go kupić za kilka czy kilkanaście złotych w zwykłym sklepie.
Jeden z psychologów powiedział nam, że w tej kwestii wyobraźnia dzieci nie ma granic. Są w stanie się odurzyć niemal wszystkim. Jeśli babcia zmarła na nowotwór i zostały po niej leki – sięgną po nie i zażyją wszystkie, jakie tylko znajdą. Jeśli dziadek leczył się na Alzheimera i w domu są jeszcze jakieś tabletki – również je połkną.
– Czy zdarza się, że zaczynają od zażywania kleju i leków, a potem przechodzą na tradycyjne, silniejsze narkotyki?
– Tak. Terapeuci mówią jednak, że prawie wszyscy zaczynają od marihuany, a potem stopniowo dokładają kolejne substancje i mieszają je z tradycyjnymi narkotykami. Jeśli nie mają pieniędzy na „twarde” środki, sięgają po to, co jest łatwo dostępne – jak już wspomniałam, np. po suchy szampon czy dezodorant.
Każdy organizm reaguje na te środki inaczej. Jeśli ktoś po danym specyfiku czuje się „lepiej”, to sięga po niego częściej. Jeśli natomiast pojawiają się silniejsze tzw. zejścia, czyli negatywne konsekwencje, to dziecko porzuca ten środek i szuka innego.
Dużym problemem jest to, że dzieci zażywają wiele różnych leków jednocześnie. Kiedyś, gdy ktoś trafiał do szpitala po przedawkowaniu, lekarze potrafili na podstawie obserwacji źrenic określić, co ta osoba zażyła. Rozszerzone źrenice wskazywały na środki pobudzające, a zwężone na uspokajające. Na tej podstawie dobierano odpowiednie leczenie, często bez potrzeby wykonywania badań.
Dziś jest inaczej – dzieci mieszają środki o przeciwnym działaniu: łączą substancje usypiające z pobudzającymi. W efekcie źrenice nie dają lekarzom żadnej odpowiedzi. Mieszanka, która krąży w organizmie, jest tak silna i nieprzewidywalna, że lekarze często są bezradni i nie wiedzą, jak zneutralizować działanie toksyn. Dzieci trafiają do szpitala w stanie głębokiej depresji oddechowej – mają cztery–sześć oddechów na minutę zamiast prawidłowych kilkunastu. Albo przeciwnie – są nadmiernie pobudzone i agresywne, atakują personel medyczny. Jedna z lekarek opowiadała nam, że była kilkakrotnie poturbowana. Zdarza się, że pielęgniarki mają połamane ręce. Czasem jedną drobną dziewczynkę musi przytrzymywać sześć–osiem osób, aby ją uspokoić… Tak silne jest działanie tych substancji.

– A więc wystarczy otworzyć domową apteczkę?
– Tak. Czasem to są zwykłe tabletki na kaszel, syropy albo leki przeciwbólowe, zawierające określone substancje. Można je kupić w aptekach bez recepty i w ciągu kilku minut przygotować odurzający koktajl. Są też inne preparaty, jak np. tabletki zawierające kodeinę czy dekstrometorfan. Część z nich również jest dostępna bez recepty.
Prawo zabrania farmaceucie sprzedaży większej ilości leku na raz jednej osobie, ale wystarczy odwiedzić trzy różne apteki i już ma się odpowiednią ilość materiału wyjściowego. Dzieciaki wiedzą, co zrobić, aby domowym sposobem z takich tabletek wypreparować substancję odurzającą. „Edukacja” w tym względzie odbywa się poprzez rówieśników lub sieć internetową.
Mniej „wyedukowane” dzieci biorą wszystko jak leci, zupełnie nie zastanawiając się nad konsekwencjami dla zdrowia. Na oddział pediatryczny w szpitalu na ul. Niekłańskiej w Warszawie trafiają dzieci z uszkodzeniem wątroby po zażyciu takich niekonwencjonalnych środków. W skrajnych przypadkach grozi im nawet przeszczep. Są też dzieci, którym zupełnie obojętne jest to, co się z nimi stanie, więc po prostu łykają tabletki, często w ogromnych dawkach, zwłaszcza paracetamolu. Potem trafiają do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Niestety, nie wszystkie doczekują przeszczepu.
– Jakie działanie mają te niekonwencjonalne środki odurzające?
֪– Zazwyczaj powodują pobudzenie i poprawę nastroju: dzieci czują się dobrze, mają wrażenie, że wszystko jest super. Farmaceuta z Warszawy, z którym rozmawialiśmy na potrzeby książki, mówił, że takie dzieci najczęściej przychodzą do apteki przed szkołą. Wstają rano i nie mają ochoty iść na lekcje, więc wypijają koktajl, który pomaga im jakoś przetrwać kilka godzin w klasie. To jest stan lekkiego upojenia, taki delikatny haj, który może umknąć uwadze nieuważnego nauczyciela. Podobnie nieuważny rodzic również może tego nie zauważyć, bo dziecko jest wesołe, ma dobry humor, więc po co się martwić?
– Co więc powinno nas zaniepokoić?
– Powinna nas zaalarmować każda zmiana zachowania dziecka. Mniej więcej znamy swoje pociechy i wiemy, czy są raczej spokojne, czy wesołe i uśmiechnięte. Jeśli zachowanie nagle się zmienia, na przykład spokojne dziecko zaczyna śpiewać, tańczyć, opowiadać śmieszne historie, albo przeciwnie – dziecko, które zwykle było wesołe, nagle wraca ze szkoły i kładzie się spać, zamyka w pokoju z kapturem na głowie, jest ospałe, ma nagłe napady objadania się albo wręcz przeciwnie przestaje jeść, albo też dotychczas dobrze spało, a teraz nie chce spać w nocy, chce wychodzić z domu na spacer i przesypia całe dnie – to powinny być dla nas ważne wskazówki.
– Czy zmiany w zachowaniu dotyczą też szkoły?
– Pojawiają się wagary, rośnie liczba nieobecności, stopniowo pogarszają się oceny. Ten proces nigdy nie jest nagły. Uczeń zmienia się powoli, dlatego tak ważna jest uważna obserwacja wszystkich symptomów. Pojawiają się nowi znajomi, których dziecko nie chce nam przedstawić. Na pytanie o ich imiona odpowiada wymijająco lub wcale ich nie wymienia, ukrywa te znajomości. Jeśli widzimy, że dziecko, gdy ktoś do niego dzwoni, ucieka do pokoju, odbiera rozmowę, ale nie chce, żebyśmy słyszeli, o czym rozmawia – to też powinno nas zaniepokoić. Tak jak wówczas, gdy spóźnia się do domu mimo ustalonych godzin powrotu czy wyłącza telefon i nie można się do niego dodzwonić. Jeśli zauważymy w pokoju opakowania po lekach, choć dziecko jest zdrowe i nie ma wskazań do ich stosowania, to powinniśmy się temu dokładniej przyjrzeć. Małe foliowe torebki także powinny zapalić nam czerwoną lampkę.
– Jaka jest dolna granica wieku dzieci, które sięgają po narkotyki?
– Rozmawialiśmy z chłopakiem, który zaczął sięgać po narkotyki w wieku dziewięciu lat. Najpierw zaczęło się od marihuany, gdy koledzy poczęstowali go na boisku. Potem dokładał kolejne środki: gaz z zapalniczek, tabletki, leki bez recepty, następnie mefedron… W wieku trzynastu, czternastu lat dawkował sobie narkotyki dożylnie. Na koniec przyszła heroina i wszystkie inne możliwe substancje. Według terapeutów najmłodsze dzieci w ośrodkach leczenia uzależnień mają około jedenastu, dwunastu lat.
– Dlaczego dzieci i młodzież sięgają po środki odurzające?
– Jak sami mówią, sięgają po nie, bo w domu mama i tata się nie dogadują i są awantury; bo koledzy w szkole ich nie lubią; bo dziewczyna ich odrzuciła; bo inni twierdzą, że są brzydcy; bo dostali złą ocenę i rodzice będą źli…
– A co mówią terapeuci?
– Terapeuci podkreślają, że ważne jest przyjrzenie się sytuacji w domu. Często dzieci uzależnione pochodzą z rozbitych rodzin, w których brakuje jednego z rodziców. To też rodziny, w których nie ma silnych więzi – nie je się razem posiłków, nie rozmawia na co dzień.
Dzieci mówią, że rodzice rzadko interesują się nimi tak naprawdę. Pytają tylko, jak było w szkole, czy jest coś zadane i na tym kończą rozmowę. Nikt nie pyta dzieci o zdanie, nie zna ich poglądów, upodobań ani przyjaciół. To są zaburzone relacje. Nie chcę jednak obwiniać rodziców, bo każdy ma swoje obowiązki, pracę i często trudno zauważyć te sygnały. Jednak jeśli relacje w domu są dobre i panuje zaufanie, dziecko w pewnym momencie przyjdzie i zasygnalizuje, że coś jest nie tak. Według terapeutów w 99,9 proc. przypadków problem uzależnienia zaczyna się właśnie od problemów w domu.
– Co możemy zrobić my, dorośli?
– W takich sytuacjach warto rozpocząć rozmowę z dzieckiem. Zapytać, czy wszystko jest w porządku, i uważnie słuchać.
– Czy jesteśmy w stanie temu zapobiec?
Na pewno nie jesteśmy w stanie zapobiec spróbowaniu narkotyku. Właściwie na tym polega dorastanie – każdy łamie różne zasady, zakazy, testuje, próbuje nowych rzeczy. To jest normalne. Pewnie narkotyków spróbuje kilkadziesiąt procent dzieci, ale w uzależnienie popadnie tylko kilka procent z nich. Dzieci, które mają dobre relacje w domu, poczucie własnej wartości i empatycznych rówieśników, prawdopodobnie spróbują i na tym się zakończy.
– A jak powinna zareagować szkoła?
– We wszystkich historiach, które opisujemy, przewija się jeden wspólny wątek: szkoły zazwyczaj nie reagują adekwatnie do sytuacji. Wręcz przeciwnie, często próbują zamiatać sprawę pod dywan. Nie spotkaliśmy ani jednej szkoły, ani jednego wychowawcy, który zareagowałby tak jak należy.
Przykład? Dziewczyna zgłosiła w liceum, że jej koleżanka sprzedaje narkotyki. Co zrobiła szkoła? Wezwała rodziców i po prostu poprosiła, żeby zabrali tę dziewczynę z placówki. Sprawa zakończyła się na tym. A moim zdaniem modelowa reakcja powinna wyglądać zupełnie inaczej. Jeśli szkoła dowiaduje się, że na jej terenie pojawiły się narkotyki, to wszyscy rodzice powinni się o tym natychmiast dowiedzieć. Po to, żeby mogli porozmawiać ze swoimi dziećmi, uprzedzić je, że ktoś może im coś zaproponować.
Eksperci są zgodni, że narkotyki są dziś obecne w każdej szkole w Polsce. Także w szkołach podstawowych. W każdej szkole jest co najmniej jeden diler, a najczęściej jest ich dużo więcej. Niedawno kolega opowiadał mi, że jego trzynastoletnia córka jedzie na obóz harcerski. I co się okazało? W środowisku tych nastoletnich harcerzy jest chłopak, którego starszy brat „zorganizował” mu narkotyki i kazał je rozprowadzać podczas obozu. To pokazuje, że ten problem jest w każdym środowisku. Jeśli władze oświatowe będą udawać, że nic się nie dzieje, nie będą informować rodziców, nie będą inwestować w profilaktykę, to problem będzie tylko narastał.
Rozmawiała: Wioleta PIRÓG




