
„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”, czyli… kilka słów o szkolnictwie zawodowym
2 grudnia, 2025
Ojciec, który jest. Dziecko potrzebuje obecności taty w kilku wymiarach
5 grudnia, 2025Uczniowie III Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Wyspiańskiego w Tychach spędzają czas w sposób, który dla wielu może być zaskakujący. Czytają książki, przekazując je sobie z rąk do rąk, a potem – wspólnie z nauczycielką języka polskiego Jolantą Solecką – wybierają się do teatru. Zazwyczaj w sobotni wieczór, zamiast siedzieć przed komputerem, jadą do Katowic na spektakl. Jak to możliwe, że zamiast Netflixa wybierają obcowanie ze sztuką teatralną? O to zapytaliśmy Jolantę Solecką, sprawczynię tego zamieszania.
Rozmawia: Wioleta PIRÓG
„Kurier Nauczycielski”: – Jak zaczęłaś jeździć ze swoimi uczniami do teatru?
Jolanta Solecka: – Dawno temu, gdy pracowałam w Gimnazjum nr 6 w Tychach, trafiłam na świetną młodzież i wyrozumiałą dyrektor. Po pierwszym weekendowym wyjściu do teatru uczniowie powiedzieli: „Proszę pani, idźmy jeszcze raz, było super!”.
Potem poznałam osobę, która zajmowała się biurem obsługi widza w Teatrze Śląskim. Zadzwoniła do mnie, opowiedziała o planach repertuarowych i zaprosiła nas na premierę. Pojechaliśmy! Dzieciaki znów były zachwycone. Zobaczyły teatr na żywo z wyjątkową otoczką, towarzyszącą premierze. To było coś zupełnie innego niż wyjście w czasie lekcji, w środku dnia.
Żeby to wszystko zorganizować, potrzebowaliśmy sprawnej komunikacji. Tak powstała grupa na Facebooku. Przez lata przewinęło się przez nią mnóstwo ludzi: uczniów, rodziców, absolwentów, nauczycieli i dyrektorów.
– Odczarowujesz wizerunek młodzieży, której nie interesuje ambitna sztuka.
– Wbrew pozorom ja nic takiego nie robię. Po prostu rozpoczynając pracę z pierwszą klasą licealną, rzucam temat weekendowego wyjazdu do teatru. Jak już wspomniałam, to nie to samo, co szkolne wyjście. Taka propozycja stopniowo zyskuje coraz więcej chętnych. W zeszłym roku zdarzyło się, że byłam potwornie zapracowana i nie dałam rady zorganizować wyjazdu. Wtedy uczniowie przychodzili do mnie i dopominali się o niego.

To są po prostu wyjątkowe dzieciaki. Oni sami się dobierają. Myślę, że to też kwestia szkoły, dlatego w niej tak długo pracuję. Mamy naprawdę wyjątkowy klimat: świetny zespół nauczycieli, fajną młodzież i rodziców. U nas uczniowie wiedzą, po co przyszli – żeby zdać maturę i iść dalej. Są świadomi.
– Co takiego teatr daje młodzieży?
– Przede wszystkim emocje. Kiedy widzę szesnastoletnią dziewczynę, która płacze po wzruszającym spektaklu, to wiem, że wszystko z nią jest OK. Mówi się przecież, że młodzież jest niewrażliwa, egoistyczna, że nie ma autorytetów. To nieprawda. Młodzi ludzie mają w sobie ogromną potrzebę przeżywania – tylko nie dajemy im ku temu okazji.
Tymczasem teatr daje im coś prawdziwego. Żywego człowieka, którego można zobaczyć, usłyszeć, czasem dotknąć. Dla nich niesamowite jest też to, że aktor, którego dotychczas widzieli tylko na ekranie telewizora czy komputera, jest tak blisko. Kiedy czekamy na spektakl i przechodzi dyrektor teatru, dziewczyny zaczynają szeptać, jakby widziały gwiazdę Hollywood!
– Czym teatr różni się od filmu?
– To są zupełnie dwie różne bajki. To jakby porównywać naleśniki z wykwintnym obiadem. Film daje emocje powierzchowne, teatr – głębokie. Tam jest żywy człowiek, są łzy, jest śmiech… Przychodzi mi na myśl jeszcze inne porównanie… do nawilżających kremów. Teatr jest głęboko nawilżający, dużo bardziej intensywny przez swoją bliskość i realizm.
– Dlaczego spektakl, w którym aktorzy grają, a więc udają rzeczywistość, ma być dla młodzieży prawdziwy, życiowy?
– Rozmowy w ich domach toczą się na błahe, powierzchowne tematy. Co jest na obiad, czy lekcje odrobione, jak było w szkole (ze zdawkową odpowiedzią „dobrze”). Do tego pretensje i wymagania oraz… wymagania i pretensje. Młodzi ludzie czują się wtedy kontrolowani i ograniczani. A przecież oni uważają się już za dorosłych, często targają nimi różne rozterki i emocje. Na teatralnej scenie obserwują odgrywanie różnych życiowych sytuacji, z którymi się identyfikują. Zawód miłosny, zdrada przyjaciela, śmierć kogoś bliskiego… To swoista drama. Teatr pomaga im nazwać swoje emocje i o nich rozmawiać, nawet z rodzicami. Oni w teatrze odnajdują siebie.

Inna „praktyczna” korzyść z chodzenia do teatru? Formuła nowej matury zakłada, że uczeń ma omówić jakiś problem, którego doświadczył we własnym życiu, w odniesieniu do literatury. Młodzież ma z tym problem. Nie potrafi umiejscowić siebie w kontekście jakiejś idei czy wartości. Dla uczniów chodzących do teatru nie jest to aż tak trudne. Są bowiem otwarci na drugiego człowieka, nie oceniają od razu jednoznacznie, nie krytykują. Teatr uczy empatii. Nie patrzą więc z góry na świat, bo wiedzą, że drugi człowiek też ma uczucia i emocje i że jesteśmy różni.
– A dlaczego Teatr Śląski w Katowicach?
֪– Bo mają dobry repertuar oraz świetnych reżyserów i dyrektora. Poza tym mamy bardzo dogodny dojazd z Tychów. W Katowicach mamy chwilę na rozmowę przy pączkach, potem odbieramy bilety i oglądamy spektakl. W drodze powrotnej czasem dzielimy się wrażeniami, a czasem panuje zupełna cisza. To też mówi wiele o emocjach, które po sztuce zostały w uczniach.
– Młodzież nie dostaje ocen za taką dodatkową aktywność?
– Nie. Gdyby tak było, to chodziliby do teatru dla szóstek. Dlatego nie chodzimy też na spektakle, które są adaptacją lektur szkolnych.
– Jeździsz z młodzieżą w swoim czasie wolnym…
– Kiedy dyskutuję z młodzieżą, na co chcemy pójść, kiedy czytam recenzje, oglądam zapowiedzi, rezerwuję bilety – to emocje są ogromne. Ale nieraz kiedy przychodzi weekend i trzeba wyjść z domu, mam ochotę zostać pod kocem. Potem jednak konstatuję: „Dobrze, że poszłam”. Bo nie sam teatr jest najfajniejszy, ale bycie z moimi uczniami.
– Czyli nie chodzi o pasję do teatru?
– W moim przypadku nie nazwałabym tego pasją. Rzadko chodzę do teatru sama. Cała magia tkwi w młodzieży – w ich emocjach, w tym, jak reagują i jak przewartościowuje się im świat.

– Skoro idziesz z nimi do teatru, zamiast spędzić ten czas z rodziną, to musi ci na nich zależeć.
– Kiedy moja córka była mała, zdarzało się, że mówiła: „Ty te swoje dzieci ze szkoły kochasz bardziej niż mnie”… To stwierdzenie zawsze otwierało drzwi do długiej dyskusji z córką o naszych relacjach, ale i o znaczeniu mojej pracy. Czasem oczywiście jestem zmęczona i potrzebuję resetu, ale zjem ciasteczko, wypiję kawę i już jest OK. Wtedy zaczyna brzęczeć w telefonie Messenger i znów mi się chce!
Planujemy wyjście na kolejny spektakl. Jakoś tak wzajemnie z uczniami się napędzamy. Dlatego moment, kiedy oni kończą szkołę jest dla mnie ciężki i go odchorowuję. Jestem częścią ich życia, a oni są częścią mojego. Ja mam wpływ na nich, ale oni mają wpływ na mnie. Ja ich słucham, ale i oni mnie słuchają. Myślę, że to jest największa satysfakcja z wykonywania zawodu nauczyciela.




